Z Kruševa górską drogą zjechaliśmy do Bitoli, a właściwie do parku narodowego Pelister. Zakwaterowaliśmy się w pięknie położonym hotelu, z przemiłą obsługą i wspaniałym jedzeniem. I od razu trafiliśmy na… macedońskie wesele! Kapela grała do drugiej w nocy ludowe melodie na 7/4 (w tym „Jovano, Jovanke”), wszyscy tańczyli kolo (taniec w kółku, albo w czymś w rodzaju węża) – zupełnie inaczej niż w Polsce. Żadnych polek, walczyków i dwa na jeden. I cały czas pełny parkiet! Chłopaki z orkiestry też bawiły się świetnie, ciągle dowcipkując i śmiejąc się do rozpuku.
„Bitola, moj roden kraj”, jak mówi macedońska piosenka ludowa, okazała się być bardzo sympatycznym miastem (oraz drugim co do wielkości w Macedonii z 80 tys. mieszkańców), ze starą dzielnicą turecką, eleganckim deptakiem, ogromnym targiem owocowo-warzywnym i obecnymi wszędzie turystami (zwłaszcza w porównaniu do wschodniej części kraju). Dużo tu połączeń starego z nowym, zza wiekowych kamieniczek wyzierają socjalistyczne bloki, w dawnych sklepikach sprzedaje się chińska tandetę, a tuż obok kawę, lokalne słodycze i orzechy. Okolica jest niesamowita – Bitola leży u stóp parku narodowego i góry Baba (2601 m npm), na pięknych łąkach pasą się konie, a lasy zapraszają do wędrówek… Warto spać nie w samym mieście, ale w hotelach, które są tuż przy parku – przepięknie pachnie tu powietrze!